Zjawisko transformacji często jest przedstawiane w błędny sposób. Wiąże się to z wymyślonymi oczekiwaniami od samego procesu. Przede wszystkim, zatarte są granice czasu, np. w filmach: jest etap początkowy, następnie bah! i już mamy bohatera, pełnego energii i chęci do działania. Nie. Wewnętrzne metamorfozy zachodzą inaczej. Owszem, może być pewny katalizator, po czym nastąpi tzw. bach!, ale będzie to dopiero początek łańcucha przemian. Transformacja jest procesem szalenie bolesnym, pozbawiającym osobę punktów zaczepienia, ziemi pod nogami. Rujnuje ustawione wcześniej granice odbioru rzeczywistości, każdą cząsteczkę ideałów, którymi – jak powietrzem – tak łapczywie oddychałeś, żeby się czuć bezpiecznie. Nagle zanika, spala się razem z wieloma innymi rzeczami, które natrafiły po drodze. Jest to wielki kryzys, ogromne osłabienie, wręcz opustoszenie. Człowiek jest niby poczwarką, zawieszony w jednym punkcie i, co najważniejsze, sam. Sam jest w swoim kokonie, pływa w mieszaninie rozkładających się szablonów myślenia. W tym właśnie momencie decyduje o swoim dalszym losie: albo przełamuje kokon, żeby wznieść się jak motyl, albo już nigdy nie wyjdzie z pułapki. Musi dokonać wyboru sam. Strach jest głównym hamulcem przed każdą niewiadomą. Czy masz pewność, że po transformacji całkowicie się odnajdziesz – nie, ale masz szansę. Czego nie można stwierdzić w przypadku pozostawania w łonie, w którym jest utracona więź z łożyskiem. W moim odczuciu następnym etapem w przypadku decyzji wzrostu jest adaptacja i kontakt z zewnętrznym światem. Na podstawie ostatniego będzie Ci najłatwiej zobaczyć, jak bardzo się zmieniłeś.
Photo: Sacha Charme