Upalne letnie dni… zawsze lubiłam ciepło, ale z czasem zachód słońca stał się dla mnie uciążliwy… jakby wszystkie atomy w otoczeniu nagle się zatrzymały w miejscu i ociężały, razem ze mną… Spaceruję wzrokiem po przedmiotach i ludziach, bo tylko w oczach czuję stosunkową lekkość. Obok siedzi para, może jeszcze nie para albo już nie para… chociaż patrząc jak dziewczyna zadziornie macha nóżką, myślę, że nie bez powodu poświęca tyle energii. Dziewczyna ma strasznie śmieszny środkowy palec u nogi, taki wystający i pomalowany na kolor pomarańczy, niepasujący do reszty. Możliwe, że na pierwszy rzut oka wygląda dziwnie… Ale jestem przekonana, że jeśli jej partner darzy ją prawdziwym uczuciem – będzie uwielbiał tego małego buntownika. Przy drugim stoliku bohaterowie obchodzą rytuał milczenia: ona wpatrzona w niego, a on w telefon, tak… oczywiście, bardzo ważne, żeby spędzać czas razem, ciało przy ciele, a pomiędzy magiczne wibracje radiowe. Zaraz ona też wyjmie swoje urządzenie i będą razem walczyć przeciwko usłyszeniu swojego wewnętrznego głosu, udając, że wszystko pasuje. Siedzimy sobie razem z Prosecco i czekamy, aż w końcu ochłodzi nas zimny podmuch powietrza – ma padać. Nareszcie ożyję… Co prawda miejsce nie jest przystosowane do podziwiania opadów, nie ma dachu, więc odczujemy na sobie wilgoć. Obserwuję dalej. A dalej siedzi chłopakopan, czemu tak go nazwałam? Jest młody, ale zapuścił sobie wąs, który wygląda jak szczoteczka do zębów hard. Hm, zamyśliłam się, czy jakby go ktoś darzył prawdziwym uczuciem, też by się zakochał w tym włosiu? Albo może jednak zgolił wąs w nocy po podaniu leków na sen?.. Jest poddenerwowany, ma powtarzające się odruchy – ciągle poprawia sobie spadającą na oczy grzywkę i zapoznaje się z menu tak poważnie, jakby czytał o teorii marksistowskiej. Przyswajanie wiedzy przerwał mu kelner, który z uśmiechem na twarzy zapytał o wybór. Po przeczytaniu lektury chłopakopan bez wzajemnego uśmiechu powiedział, że będzie piwo z nalewaka. Postanowiłam odwrócić swoją uwagę od ludzi na chwilę. Pomijając szarmanckich kelnerów, to miejsce jakby zakładało, że nie masz dużo znajomych: większość stolików była tylko podwójna, oczywiście, można byłoby się pobawić w tetrisa i złączyć stoły, ale pierwotna idea zakładała, że więcej niż dwie osoby nie usiądą. Domyślam się, że u człowieka jest on sam, czyli „ja” i „ja”, bardzo ciekawe towarzystwo swoją drogą… albo ostatecznie inna osoba, która w sumie też może być tylko wyobraźnią wspomnianego wyżej człowieka. Zaczęło kropić, pierwszy do środka ruszył chłopak z wąsem, z piwem i menu! (chyba jednak nie doczytał), następnie w obawie o swoje wyświetlacze i pod wpływem działania pierwszej osoby, zabrali się ludzie z urządzeniami. Na tarasie zostaliśmy tylko ja i para. Patrzyłam na nich z przyjemnością, ich śmiech delikatnie zlewał się z coraz mocniejszym deszczem. Przeżywali prawdziwe chwile ze sobą, byli obecni, a ja razem z nimi. Zdrowie!
Photo: Sacha Charme